Albania, Moje podróże
Leave a comment

Bałkańska przygoda – Albania

Myjnie i stacje benzynowe, mercedesy i kawa – oto z czym kojarzyć mi się będzie Albania, nieodkryta perła wakacyjnych wojaży. Można oczywiście skupić się na biedocie tego kraju, zacofaniu gospodarczym w porównaniu z naszą częścią Europy, ale jedno trzeba Albanii oddać – piękne góry i piękne piaszczyste plaże. W trakcie “Bałkańskiej przygody” Albania była druga na liście zaraz po Macedonii. Granicę przekroczyliśmy przy Jeziorze Ochrydzkim, które w części należy również do tego kraju. Pierwsze co pamiętam to widok mężczyzny na osiołku prowadzącego przed sobą dwie krowy drogą, którą opuszczamy przejście graniczne. Ciekawostka – zaledwie od dwudziestu lat w Albanii można kupić i poruszać się prywatnym samochodem stąd osiodłany osiołek jest tutaj nadal standardowym środkiem transportu. Druga rzecz, którą zapamiętam to porozkładane wzdłuż drogi w każdej nawet najmniejszej mieścinie węże tryskające wodą. Po dłuższej chwili okazało się, że są to ręczne myjnie samochodowe, a potem już ten widok nie dziwił – że są na każdym kroku, po kilka koło siebie, identycznie jak stacje benzynowe. Te wszystkie mercedesy, mniej lub bardziej zdezelowane, królowie albańskich dróg, symbol dobrobytu i zamożności, są na każdym kroku i z kurzu unoszącego się nieprzerwanie nad albańskimi drogami, bo w większości są one jedynie utwardzone, a nie asfaltowe, mercedesa należy wypucować. Szczególnie, że nieraz służy za transport na poranną kawę. W Albanii, jak przystało na muzułmański kraj, głową rodziny jest mężczyzna i to on ma codziennie rano czas na posiedzenie z kolegami przy espresso. Kawa jest diabelnie mocna, do niej zawsze w zestawie szklanka wody i popielniczka – wymysł w postaci zakazu palenia tutaj nie obowiązuje. Z granicy podążamy do Tirany, stolicy Albanii. Zwiedzanie zajmuje nam około 1,5 godziny plus pół godziny na zjedzenie pizzy. Pizza, jak się później okaże, jest już prawie tradycyjnym albańskim posiłkiem. Modę na nią przywieźli Albańczycy pracujący we Włoszech. O Tiranie długo nie zapomnę – to dość specyficzne, gdy stolica jest mała i biedna, nieco zaśmiecona i głośna od aut. Tak naprawdę to w Tiranie warto udać się na Plac Skenderbega, bohatera narodowego, gdzie na ogromnym trawniku stoi jego pomnik na koniu. Po swojej prawicy ma on meczet wraz z wieżą zegarową, zestaw znany z Macedonii, przed meczetem stoi budynek Pałacu Kultury, w którym znajduje się opera oraz restauracja. Po lewej stronie od pomnika przyciągnie wzrok ciekawa mozaika nad wejściem do Muzeum Narodowego. Mozaika nieodzownie kojarzy się z czasami komunizmu. I to właściwie byłoby na tyle, ale że poczułam niedosyt i nie chciałam dać wiary, że to już wszystko zagłębiliśmy się w uliczki Tirany, by dojść do budynku parlamentu, budynku wśród drzew wielkości niejednej wrocławskiej willi. Cóż, zatem pozostała jeszcze piramida i zrobiła ona na nas piorunujące wrażenie – betonowe coś z zabitymi dechami szybami, co nijak się ma do otaczającej architektury, nijak się wpisuje w albańską codzienność. Projektu córki na cześć ojca, Paszy, w którym to budynku miało znajdować się muzeum mu poświęcone. Straszydło okropne, ale warto było je zobaczyć! Po tym architektonicznym cudzie udaliśmy się w dalszą drogę. Nad Adriatykiem spędziliśmy cały boży dzień ciesząc się 1) pogodą iście letnią – skwar palił skórę; 2) szeroką i piaszczystą plażą; 3) folklorem plażowym przejawiającym się w co rusz przechodzących sprzedawcach owoców, napoi i zabawek oraz przygrywająca balkano-disco miniorkiestrą; 4) tanim jak barszcz zestawem parasol+dwa leżaki – opłata za cały dzień 6 pln. I to jest właśnie ta nieodkryta zaleta Albanii, która powinna Wasze myśli wyjazdowe skierować w tamten rejon. Jest tanio, pogoda dopisuje, plaże są fantastyczne. Albańczycy wprawdzie rzadko kiedy mówią po angielsku, ale na migi zawsze można się dogadać. Do morza z Tirany prowadzi normalna asfaltowa droga, nawet zdaje się momentami autostrada, darmowa. Nad brzegiem morza trochę jak w Turcji – same bloko-hotele i pensjonaty. Zjeść jest też gdzie, chociaż królem jest pizza. Można spróbować byrka – placek a la ciasto francuskie z nadzieniem z mięsa mielonego lub białego sera. I oczywiście należy udać się na niespieszną kawę!

Dostać się do Albanii z Polski można samochodem – zajmie nam to około dobę zależnie od intensywności pracy celników na granicach. Do Tirany latają samoloty – z Warszawy trzeba lecieć z przesiadką w jednym z większym miast Europy np. w Paryżu czy we Wiedniu, a czas lotu to około 5 godzin. Z Tirany w inne zakątki państwa dostać się można pociągiem lub autobusem.

Mimo, że pobyt w Albanii był tylko swego rodzaju liźnięciem to i tak z chęcią wróciłabym tutaj, by lepiej poznać szczególnie południowe krańce z podobno super kurortami nadmorskimi i małymi przytulnymi miasteczkami. Jest to na pewno dobry wakacyjny kierunek dla każdego, kogo nie przerażają wałęsające się psy czy zdezelowane auta na drogach o kiepskim standardzie.