Chorwacja, Czarnogóra, Moje podróże
Leave a comment

Bałkańska przygoda – Czarnogóra i Chorwacki Dubrownik

Czarnogóra to małe państwo z dostępem do Adriatyku – i to na pewno jest ogromny plus tego kraju, przyciągający co roku rzesze turystów. Często słyszę, że wybrzeże Czarnogóry jest takie samo jak Chorwacji – nic bardziej mylnego. Czarnogórskie plaże są nieliczne i są piaszczyste. Moda na parawaning tutaj nie dotarła za to popularne są kolorowe parasole, które w dużej ilości znacznie ograniczają dostęp promieni słonecznych do skóry plażowiczów jak choćby na małej plaży w Ulcinj. Na pewno jest to kraj dużo bardziej “europejski” niż Albania, z której tutaj docieramy – płacimy w Euro więc i ceny są jak przystało na strefę tej waluty, angielski jest w stałym użyciu, jedzenie przypomina chorwackie menu. Architektura typowa dla wybrzeża Adriatyku czyli wszędzie małe jasne kamieniczki z czerwonymi dachami, a gdzieniegdzie wyłania się wieża minaretu, cerkwi lub kościoła. Przepiękna Zatoka Kotorska przypominająca z lotu ptaka usta. Cudowne miejsce, które przyszło nam podziwiać o 8 rano w ciszy i spokoju, gdy kierowaliśmy się na granicę z Chorwacją, gdzie może kiedyś uda się odwiedzić jeszcze raz i na dłużej. Jadąc wybrzeżem przystankiem obowiązkowym powinien być Święty Stefan – jest to miasto-hotel-wysepka niedaleko Budvy, które dziś podziwiać można jedynie z brzegu chyba, że jest się gościem hotelowym. Wysepka jest malutka, w całości zabudowana, a czerwone dachy chronią wnętrza kamieniczek będących jednym kompleksem hotelowym z tych bardziej luksusowych. W pobliżu mostu prowadzącego na wyspę są dwie plaże – jedna dla gości hotelowych, druga dla pozostałych amatorów kąpieli. Plaża jest płatna – płacimy za korzystanie z leżaków i parasoli zależnie od odległości ich usytuowania od brzegu morza. Gdybyśmy chcieli na chwilę skoczyć w głąb lądu polecam Stari Bar – ruiny starego miasta, zadbane, udostępnione zwiedzającym, z płatnym wstępem. Można tutaj spędzić godzinę albo i dwie przemieszczając się po dawnych komnatach i ogrodach z widokiem na góry i morze, a na deser przycupnąć na coś chłodnego w jednej z knajpek tuż poza murami starego miasta. W okolicy Stari Bar ciekawostka – rośnie najstarsze w Europie drzewo oliwne.

Wybrzeżem Czarnogóry kierujemy się do kolejnego miejsca – Chorwackiego Dubrownika. Aby uniknąć tłumów wyruszamy w drogę skoro świt, a na miejscu okazuje się, że w Dubrowniku tłumy są powszechne non-stop. O 9 rano znalezienie parkingu zajmuje nam sporo czasu, w końcu decydujemy się na płatny (18 Eur/godzina) i zapominając o kosztach ruszamy na kawę i zwiedzanie. Dubrownik jest przepiękny – to tak naprawdę kompleks kamieniczek z czerwonymi dachówkami skupionymi na małej powierzchni i otoczonymi wysokim murem z wieżami obronnymi, ale za to z jakim klimatem! Turystów tłumy, gwar, pamiątki, restauracje… Wąskimi uliczkami kluczyć można cały dzień odkrywając małe restauracyjki czy sklepiki. A tam, gdzie turyści się raczej nie zapuszczają ktoś suszy pranie lub z sąsiadem rozprawia na tematy ważkie z kawą w ręce. Nie jest to na pewno miasto tanie, ale warte jest zostania tutaj na dłużej niż nasze kilka godzin. Stąd wypływają statki na wodne wycieczki wzdłuż chorwackiego wybrzeża. Można tutaj również zażyć kąpieli wodnych choć bez typowej plaży – ręcznik wyłożyć trzeba na betonowej kładce. Zegarek tyka, a my musimy w drogę – przed nami Bośnia i Hercegowina i droga przez góry aż do Sarajewa.