Bryce Canyon, Moje podróże, USA
Leave a comment

Bryce Canyon i pizza

Tak właśnie wyglądał dzisiejszy dzień – prawdziwe amerykańskie śniadanko – jajka, bekon, coś co nazywają “biscuit” czyli niby herbatnik, a w rzeczywistości coś o smaku herbatnika, okrągłe, polane sosem… Naleśniki z syropem klonowym i francuskie tosty. A potem w drogę – przejechaliśmy dzisiaj 370 km i wspięliśmy się na wysokość ponad 2800 m n.p.m. Zrobiliśmy sobie wycieczkę drogą nr 12 – droga wiedzie cały czas przez góry, które zbudowane są z kremowych i czerwonych piaskowców, a że w Utah są drzewa i rośnie trawa to wyobraźcie sobie te krajobrazy… Cud, miód, orzeszki. Jedyne co, to pogoda – nie dopisała nam dzisiaj prawie w ogóle. Była ulewa w postaci ściany deszczu, były chmury więc na zdjęciach brakuje niebieskiego nieba do tych kolorowych skałek i zielonych łąk. AAAA i wszędzie pasą się steakowe czarne krowy. I konie. Przez drogę w górach przechodzą sobie sarenki, a na poboczu siedział świstak… Ludzi mało, ale nie dziwota patrząc na te przestrzenie. Statystycznie ciężko byłoby tu stać w korku:). Naszym głównym punktem był dzisiaj Bryce Canyon – amazing… brak słów… niesamowite widoki, czerwone i kremowe szpilki, iglice, okienka itd. Obiad zjedliśmy w małym miasteczku – amerykańska pizza:). I na koniec po zalogowaniu się w typowym tutaj motelu wybraliśmy się na kolację – hamburgery z frytkami. Brzuchy pełne, piwo wypite, wszyscy umyci, idę spać:).