Grand Canyon, Moje podróże, USA
Leave a comment

Grand Canyon

W Ameryce wszystko jest BIG, ale Grand Canyon jest podwójnie BIG. Nie ma słów – niesamowite widoki, dla geologa przekrój stratygraficzny w wersji książkowej, ogrom działań matki natury. Zdjęcia nie oddadzą tej wielkości, trzeba zobaczyć na własne oczy, aby docenić. Pędziliśmy do tego parku na łeb na szyję, bo okazało się, że poza pustynią pogoda nam nie sprzyja. Opłacało się gnać – przez te kilka godzin tylko kilka razy popadał drobny deszcz, a tak mieliśmy pole do popisu z aparatami. Odwiedziliśmy też małe muzeum geologiczne:).
Oczywiście jak we wszystkich parkach na dzień dobry dostaliśmy zestaw mapek, a potem podziwialiśmy kolejny raz infrastrukturę – darmowe busy, specjalne miejsca widokowe z opisami i ciekawostkami przyrodniczymi, wszędobylskie toalety itd. Organizacja perfect. Po wyjechaniu z Grand Canyonu skierowaliśmy się w stronę Las Vegas. Na trasie dopadła nas ulewa z gradem… Na drodze zrobiło się biało, ale jak już wjechaliśmy na historyczną Route 66 wyszło słonko i im bliżej byliśmy pustyni tym więcej ciuchów z siebie ściągaliśmy. Droga 66 jak droga – kilka zaledwie miasteczek na trasie, widać, że raczej kokosów tutaj nie zarabiają. Rzekłabym nawet, że trochę zabite dechami, ale z klimatem. Sporo starych aut i oczywiście wszędzie “66”. Oczywiście ja tutaj szalałam na widok tych samochodów, ale co najśmieszniejsze – na jednym była ubrana choinka, a takie choinki widziałam także w tutejszych sklepach… O co chodzi nie mam pojęcia.
Jadąc na nocleg minęliśmy kilka pociągów – oczywiście Ameryka czyli trzy lokomotywy ciągną 116 wagonów….. Dwie lokomotywy ciągną 91 wagonów….. Szczęki opadają. No i sama droga – jedna długa prosta….. Jedziesz i jedziesz, ciągle przed siebie, a końca nie widać:).