Franz Joseph, Hokitika, Moje podróże, Nowa Zelandia
Leave a comment

Lodowiec Franz Joseph

Pobudka w deszczowym Greymouth na zachodnim brzegu południowej wyspy. Tosty na śniadanie i w drogę wzdłuż wybrzeża. Małe zakupy w równie małej mieścinie Hokitika. Pogoda typowo barowa, ale że pora zdecydowanie jeszcze nie na drinka więc parę dolarów przepuściłam w sklepie z biżuterią i z szklanymi cackami. Hokitika słynie mianowicie z jadeitowych cudeniek – ręcznie robiona biżuteria z ciemnozielonego minerału dostępna jest zazwyczaj w kilku charakterystycznych kształtach – zawijasy w stylu maoryskim. Takie cacka kosztują po kilkaset dolarów, a ja decyduję się na wersję oszczędną za kilkadziesiąt – okrągły amulet pojedzie ze mną do Polski. Wraz z nim również pingwin i kiwi z dmuchanego szkła, robione ręcznie, wypalane w piecu w sklepie. Taka mała podręczna huta:).

Hokitika trochę deszczowa i pełni obaw, że pogoda pokrzyżuje nam plan,y jedziemy na południe do Franz Joseph zobaczyć lodowiec. Na miejscu mile zaskakuje nas zdecydowanie letnia pogoda. W krótkich rękawkach wybieramy się na wycieczkę z przewodnikiem, miłą Australijką, która w końcu normalnie mówi po angielsku. Nowozelandzki angielski odbiega od tego, co słyszy się w Europie czy w Stanach. Tak jakby wszystkie słowa w zdaniu połączone były w jedno i wypowiedziane ciurkiem. Chwilami cała nasza czwórka doświadcza znaku zapytania kiedy ktoś z ludzi Kiwi – jak siebie nazywają Nowozelandczycy – zaczyna coś mówić. Idziemy przez las, po drodze kilka ciekawostek przyrodniczych np. jeśli spotkacie w lecie paproć i urwiecie końcóweczkę jeszcze nierozwiniętej młodej łodygi i skosztujecie to w ustach poczujecie smak orzeszków ziemnych. Po wyjściu z lasu naszym oczom ukazuje się dolina pełna mniejszych i większych wodospadów, a gdzieś w oddali widać jęzor lodowca. Po drodze mijamy sporych rozmiarów dziury, które są pozostałością po potężnych kawałkach lodu, który stopniał, a zostać tutaj po wycofaniu się lodowca w górne partie gór. Idziemy tak naprawdę po morenie – kolejna gratka dla geologa:). Skały lśnią w promykach słońca – zawierają minerał zwany miką, a dokładnie muskowit – cieniuśkie blaszki odbijające światło. Dochodzimy do strefy zagrożenia obsypaniem się skał i nasza przewodniczka, jak się okazuje, tam właśnie nas prowadzi. Za wzniesieniem czeka na nas miejsce idealne do robienia zdjęć choć dość daleko od samego jęzora. Szkoda, że nie można podejść bliżej. Lodowiec sam w sobie nie zrobił oszałamiającego wrażenia. Bardziej na mnie wrażenie zrobiła sama dolina plus oznaki, że lodowiec w niej był, a teraz ewidentnie cofa się w wyższe chłodniejsze partie gór. Doskonałe miejsce na podziwianie sił natury i ich interpretację.

Na wycieczkę w tym rejonie warto wybrać się z przewodnikiem. Należy się przygotować do takiej wycieczki czyli uzbroić w porządne buty do trekingu, długie spodnie, kurtkę, która nas ochroni przed deszczem i wiatrem. Warunki pogodowe są tutaj zmienne. Niemniej jeśli nie mamy ze sobą takiego ekwipunku to na buty i spodnie możemy liczyć – można je wypożyczyć w miejscu, gdzie kupuje się wycieczkę z przewodnikiem. Wszystkie informacje znajdziecie tutaj: http://www.franzjosefglacier.com/