Borneo, Kota Kinabalu, Malezja, Moje podróże
Leave a comment

Malezja – Kota Kinabalu na Borneo

Największym miastem wschodniej części Malezji na Borneo jest Kota Kinabalu. Miasto, które będzie mi się kojarzyć z jednej strony z wysokimi oszklonymi hotelami, z drugiej z niską nadmorską zabudową, z deptakiem, gdzie codziennie można podziwiać fantastyczny zachód słońca, z głośnym i jakże lokalnym wieczornym targiem…. Miasto tak inne niż Kuching, stolica zachodniej części, że momentami można pomyśleć, że jest się w innym państwie. Ludzie są natomiast tacy sami – otwarci, sympatyczni i pomocni. Zwracają na turystę z Polski uwagę właściwie cały czas – jasna skóra, jasne włosy to tutaj rzadkość, szczególnie, że turystów jest mało, a jeśli jest ich zatrzęsienie to w większości są to mieszkańcy Chin.

Zwiedzanie Kota Kinabalu rozpoczęłam od startu w biegu na 10 km, który odbywał się w ramach międzynarodowego maratonu. Ze względu na warunki pogodowe, czyli wysoką temperaturę i wysoką wilgotność powietrza, cała biegowa impreza odbywała się w nocy – maraton startował o 3, moja dycha o 6 nad ranem. Gdy dla mnie odliczano moment startu na metę wbiegała zwyciężczyni pełnego maratonu. To było 10 km, które zapamiętam na długo – pogoda w tej części świata na pewno nie sprzyja biegaczom:). Tętno przedzawałowe, ale bieg udało się ukończyć, a w nagrodę mam bardzo oryginalną pamiątkę – medal i zdjęcia. Było warto! Dla chcących się sprawdzić – www.borneomarathon.com .

Samo Kota Kinabalu jest dość rozległe. Na pewno warto wieczorem spędzić dłuższą chwilę na Waterfront czyli na deptaku wzdłuż morza, przy którym zlokalizowane są liczne restauracje i bary nocne. Restauracje mają stoliki na zewnątrz i taki właśnie należy sobie wybrać wieczorem – przecudowny zachód słońca, codzienne widowisko, fantastyczne kolory, a na pierwszym planie dla urozmaicenia rybackie kutry. Zaraz niedaleko Waterfront znajduje się Central Market (przy ulicy Tun Fuad Stephen) – jest to typowy w tej części Azji targ, na którym można kupić warzywa, owoce, posilić się z Malezyjczykami – grillowane kurczaki, sataye, kukurydza, ryż zapiekany na grillu w liściach kokosa… Na miejscu można kupić świeże przysmaki robione na naszych oczach – przypominające naleśniki smażone na głębokim tłuszczu placki z nadzieniem z kapusty, słodkości – różne kulki z sezamem i innymi dodatkami, ciastka, kandyzowane owoce. I co najbardziej mi się podobało – część, gdzie sprzedaje się ryby i owoce morza z całodziennego połowu. Sprzedających tłum, kupujących jeszcze więcej, muzułmanki targujące się o cenę, kraby uciekające z wagi, kolorowe rybki, które jeszcze za dnia podziwiałam w morzu, ogromne tuńczyki, panowie sprawiający ryby na oczach kupujących…. Gwar, specyficzny zapach, tutejszy klimat… Warto tutaj zaglądnąć, gdy dzień chyli się ku schyłkowi.

Drugi targ już nie z jedzeniem, a z ubraniami, ręcznikami, zabawkami, okularami i wszystkim, co dusza zapragnie znajduje się nieco dalej od Waterfront, przy City Park (przy ulicach Kg Air 1 i Sentosa). Oczywiście towary nie mają cen więc trzeba pytać, udawać zaskoczonego taką wysoką ceną, jaka by nie była i negocjować. Ceny i na jedzenie i na pozostałe towary są w Malezji dużo niższe niż w Polsce więc można szaleć – klapki za 7 pln czy okulary za 15 pln to standardowe ceny:). A zaraz obok Night Market znajduje się jedna wielka restauracja – stoliki są ustawione w środku, a na obrzeżach stoją akwaria pełne wszelkich owoców morza – ryby, małże, ślimaki, krewetki… Dosłownie wszystko, a to wszystko jest żywe i gdy sobie coś upatrzymy to podchodzimy do sprzedawcy, wskazujemy co chcemy jeść i jak ma zostać przyrządzone, a potem czekamy kilka minut i jedzenie z akwarium ląduje przed nami na talerzu. Brzmi to dość okrutnie, ale kto spożywa na co dzień mięso powinien mieć świadomość, że spożywa tak naprawdę … trupy. Ja jestem przykładem typowego mięsożercy, a i tak chwilę się zawahałam przed spożyciem moich krewetek. W każdym razie – jedzenie pierwsza klasa – PYCHA! I oczywiście bije wszystko inne ceną i klimatem, w jakim się je zjada.

Będąc w Azji trzeba pamiętać, że pogoda determinuje tutaj tryb życia. W ciągu dnia jedzenie na świeżym powietrzu to rzadkość. Dzień trwa tutaj od 6 do 18, zatem codziennie w okolicach 18 zaczynają otwierać się restauracje i knajpki oraz właśnie takie targi, gdzie można zjeść obiadokolację. Tutaj spotykają się autochtoni i może nie należą do najlepiej zarabiających narodów, ale jedzenie jest na tyle tanie, że każdy może sobie pozwolić na jedzenie “na mieście”. Jedzą, spotykają się, bawią, rozmawiają. Jest to dobry moment na pobycie wśród rodziny i wśród znajomych – wszyscy w ciągu dnia starają się spędzać czas w klimatyzowanych pomieszczeniach i unikać upałów. Uwaga na Ramadan! Jeśli wybieracie się do muzułmańskiego kraju sprawdźcie kiedy przypada Ramadan – jest to dziewiąty miesiąc w muzułmańskim kalendarzu (przypada na nasze lato) i jest to miesiąc postu, a zatem jedzenie na mieście będzie bardzo utrudnione.

Poza targami na pewno należy udać się do głównego meczetu Sabah State Mosque i całkiem niedaleko położonej głównej buddyjskiej świątyni Puh Toh Si Chinese Temple. Meczet jest ogromny, z zewnątrz kremowa elewacja z ozdobionymi na niebiesko minaretami. W środku ozdobne sklepienie i przestrzeń wyłożona wykładziną. W meczecie nie ma żadnych obrazów czy innych ozdób świadczących  o tym, że jesteśmy w świątyni. Muzułmanie wierzą w Allaha i w Mahometa, który o nim naucza, ale sam bóg nie pojawia się nigdy pod konkretną postacią. Przy wejściu do meczetu należy zdjąć buty i udać się na ablucję – osobno kobiety, osobno mężczyźni – czyli w praktyce należy się umyć. Przed modlitwą każdy Muzułmanin oczyszcza ciało (w specjalnej kolejności). Aby wejść do Sabah State Mosque należy wypożyczyć hidżab czyli specjalne ubranie (koszt ok.3 pln). W buddyjskiej świątyni natomiast dla odmiany jest bardzo kolorowo i wszędzie pachnie kadzidłami. Nie trzeba mieć specjalnego ubrania, wystarczy tylko zwracać uwagę na miejsca, gdzie wchodzi się na boso. Buddyjska świątynia składa się tak naprawdę z kilku budynków oddzielonych częścią zieloną.  Opłata na zwiedzanie to 5 pln.

Będąc w Kota Kinabalu warto jeden dzień poświęcić na wycieczkę na okoliczne wysepki znajdujące się w obrębie Parku Tunku Abdul Rahman (http://www.sabahtourism.com/destination/tunku-abdul-rahman-park). Park ten obejmuje pięć małych wysp, a dostać się można na nie małymi łodziami odpływającymi z terminala Jesselton Point Ferry. W budynku terminala znajdują się stanowiska kilku firm oferujących dopłynięcie na wyspy – można wykupić wycieczkę tylko na jedną wyspę, można na kilka. Można tutaj również wykupić możliwość nurkowania oraz snorklingu. Ja w ramach odpoczynku po nocnym biegu wybrałam się na Sapi. Wyspa ma małą piaszczystą plażę z długim wejściem do morza. Zaraz przy brzegu wystarczy zerknąć pod wodę, a wokół naszych nóg można dostrzec kolorowe rybki. Co dziwne nikt tutaj się nie opala, wszyscy na kocach spędzają czas w cieniu drzew. W morzu natomiast nikt nie pływa – wszyscy zajęci są snorklingiem i ubrani w kamizelki oraz uzbrojeni w maski i rurki bacznie obserwują morskie stworzenia. Muzułmanki nawet do morza wchodzą ubrane w długi rękaw, mają zakryte głowy i nogi. Na Sapi jest część gastronomiczna oraz funkcjonuje coś, co ma być publiczną toaletą wraz z przebieralniami – w praktyce działały dwie toalety damskie co oczywiście równało się nieziemskim kolejkom. Na drzwiach toalety była bardzo ciekawa informacja, aby nie brać w wc prysznica (pamiętajcie, że tutaj w toaletach zamiast papieru znajduje się miniprysznic). A do tego ze trzy przebieralnie, w których nie było ani haczyka ani miejsca na odłożenie ubrań:). Poza tymi niewygodami plaża piękna, rybki w wodzie cudne. Natura wynagradza:).

Z miejsc w okolicach Kota Kinabalu warto pojechać na półdniową wycieczkę do Low Kawi Wildlife Park, małego zoo z tutejszymi zwierzakami i małym ogrodem przypominającym dżunglę (http://www.sabahtourism.com/destination/lok-kawi-wildlife-park). Wśród zwierzaków można podziwiać bydło i kucyka:). Dojazd jest nieco utrudniony – najwygodniej jest pojechać taksówką i umówić się z kierowcą, aby na nas zaczekał. Będzie to koszt około 200 pln, w zależności od tego na jakiego kierowcę trafimy i jak będziemy się targować.

Zakupy w Kota Kinabalu warto zrobić na wieczornych targach lub w jednej z licznych galerii handlowych, gdzie działają sklepiki z lokalnymi wyrobami jak herbata czy pieprz lub po prostu skierujmy nasze kroki do spożywczaka i tam poszperajmy na półkach. Jeśli chodzi o środki transportu – działa tutaj komunikacja miejska i to polecam na pewno, gdy podróżuje się w pojedynkę. Przy ekipie do czterech osób najwygodniejsza będzie taksówka – średnio za trasę kilkunastu kilometrów czyli np. z hotelu do centrum miasta kierowcy wołają około 20 pln. W podziale na cztery osoby wychodzą minimalne sumy. Na każdym kroku znajdziemy bankomat – gotówka będzie niezbędna w taksówce i na targach.