Borneo, Kuching, Malezja, Moje podróże
Leave a comment

Malezja – Kuching na Borneo

Malezja reklamuje się hasłem, że to tutaj właśnie jest prawdziwa Azja. Po wizycie w trzech sąsiadujących ze sobą azjatyckich krajach – Singapurze, Malezji i Indonezji – doszłam do wniosku, że w każdym z nich i we wszystkich jeszcze nieodwiedzonych, jest prawdziwa Azja. Z każdą przekroczoną granicą kolejna prawdziwa, a zarazem inna Azja. Ogromnym plusem podróżowania po tej części świata jest właśnie ta różnorodność, gdzie często świat danego kraju tworzy religia widoczna na każdym kroku. Doświadczać tej różnorodności to jak odkrywać nowe światy, a móc zatrzymać się na chwilę i poobserwować mieszkańców, zwierzęta, wschód słońca to jak dopełnienie tego podróżniczego cudu.

Malezja położona jest częściowo na Półwyspie Malajskim, częściowo na wyspie Borneo. Stolicą tego kraju jest Kuala Lumpur, duże i nowoczesne miasto z charakterystycznymi The Petronas Towers. Kuala Lumpur był 6-godzinnym przystankiem w podróży do Singapuru i wykorzystałam ten czas na przejażdżkę metrem pod same wieże. Ten podziemny komunikacyjny świat od razu skojarzył mi się z Hong Kongiem. W Malezji około 65% społeczeństwa stanowią Muzułmanie i widać to na ulicach głównie za sprawą charakterystycznie ubranych kobiet. W tym kraju głową państwa jest król, a władzę wykonawczą sprawuje rząd z wybranym przez króla premierem. Gospodarka oparta jest głównie na usługach i przemyśle, a Malezja jest znanym eksporterem kauczuku i oleju palmowego.

 

Poznałam tę część Malezji, która leży na Borneo, trzeciej co do wielkości wyspie świata. Połowę jej powierzchni porastają lasy równikowe, które niestety systematycznie są wycinane. W lasach tych żyją setki gatunków zwierząt i roślin. Północna część Borneo należy do Malezji plus mały fragment do Brunei. Pozostała część to już Indonezja. Malezyjska część podzielona jest na dwa stany – Sabah i Sarawak. Przekraczając ich granicę przechodzi się standardową odprawę imigracyjną i w paszporcie ląduje kolejna pieczątka mimo, że cały czas jesteśmy w obrębie Malezji. Dwa największe miasta to Kuching i Kota Kinabalu, które stały się celem podróży. Między nimi nastąpiła wizyta w borneńskiej dżungli – Park Mulu Gunung.

Kuching znaczy w języku malezyjskim “dziki kot” i miasto to nazywane jest miastem kotów. Jako zapalona miłośniczka tych zwierząt w pierwszej kolejności udałam się do Muzeum Kotów, które znajduje się na wzgórzu kilka kilometrów od centrum miasta. Za wstęp nie płacimy, płacimy symboliczne 5 PLN za możliwość fotografowania (od sztuki aparatu lub smartfona). Dość osobliwe jest to miejsce i myślę, że tylko miłośnicy kotów mogą się tutaj odnaleźć – w gablotach figurki mniejsze i większe, koty z muszelek, plakaty, reklamy papierosów, maskotki, płyty nagrobne, biżuteria, ceramika, galanteria… dosłownie wszystko co ma związek z kotami. Miejsce dziwne, trochę nawet zabawne, jedna ważna rzecz – z tego muzeum wiem, że koty w Malezji często nie posiadają ogona i takie się po prostu rodzą. W Kuching maszerując choćby przez chińską dzielnicę podziwiać można pomniki kotów. Chińska dzielnica to niska zabudowa z licznymi sklepikami, knajpkami, aptekami, pralniami. Ciekawe miejsce z klimatem, gdzie warto zjeść coś lokalnego jak np. pau czyli bułkę gotowaną na parze (jak polskie pampuchy) z mięsnym nadzieniem oraz napić się tutejszych soków i herbatek. Kuching posiada również bardzo przyjemny deptak wzdłuż rzeki Sungai Sarawak z otwieranymi po zmroku budkami z jedzeniem i z widokiem na złoty i bardzo charakterystyczny budynek parlamentu Sarawak. Przy tym deptaku znajduje się również kolorowa buddyjska świątynia. Po drugiej stronie rzeki, na którą możemy dostać się za symboliczną złotówkę łódką-tramwajem znajduje się typowo malezyjskie osiedle z niską zabudową oraz ogromnym food courtem, czyli zadaszonym placem, gdzie tutejsi mieszkańcy przychodzą się posilić. Serwują tutaj oczywiście dania lokalne czyli głównie makarony i ryż z warzywami, jajkiem i mięsem, sataje czyli szaszłyki z mięsa, lokalne soki i napoje. Jedzenie bardzo dobre i tanie.

Będąc w Kuching warto zrobić sobie wycieczkę do oddalonego o 35 km Semenggoh Wildlife Centre czyli miejsca w obrębie lasu, gdzie ludzie opiekują się i wychowują młode osierocone orangutany. Wszyscy wychowankowie tego ośrodka żyją w tej chwili w dżungli i przychodzą do ośrodka w porach karmienia (rano i popołudniu), kiedy to turyści mogą nacieszyć ich widokiem oko. Orangutanie dziecko aż do 7 roku życia przebywa wraz z matką. Osierocone małpy, które tu trafiły zostały nauczone przez człowieka jak przetrwać na wolności. Mają swoje imiona i zdjęcia. Gdy w dżungli jest pod dostatkiem owoców często zdarza się, że mimo nawoływań nie zaglądają do ośrodka stąd warto przed wizytą w tym miejscu sprawdzić mailowo lub telefonicznie jakie są szanse na zobaczenie orangutanów. Podczas mojego pobytu przyszły na śniadanie dwie małpy. Zwinność ich w poruszaniu się po drzewach jest niesamowita, a oczy i palce jak u człowieka.

Niedaleko od Semenggoh znajduje się Jong’s Crocodile Farm and Zoo (farma krokodyli) i o godzinie 11.00 zaczyna się pora karmienia. Niemniej tego miejsca nie polecam – krokodyle nie są zwierzętami, których życie w klatce dostarcza odwiedzającym niezapomnianych doznań. Samo karmienie wygląda dość komicznie – na sznurku nad wodę zjeżdża kawałek mięsa i krokodyl wyskakuje po zdobycz dopóki nie zerwie sznurka… Szkoda czasu.

W Kuching jeśli podróżuje się w kilka osób warto przemieszczać się taksówkami. Nie jest to drogi środek komunikacji, a od kierowcy można zawsze dowiedzieć się czegoś interesującego. Malezyjczycy znają angielski więc nie ma problemu z dogadaniem się. Są mili i uprzejmi, niestety nie umieją korzystać z mapy i zawsze trzy razy liczą pieniądze. Od jednego z taksówkarzy wiem np., że muzułmanin w tym kraju może mieć aż cztery żony pod warunkiem, że go na nie stać:).

Przydatne linki:

Semenggoh: http://www.sarawakforestry.com/htm/snp-nr-semenggoh.html

Jong’ Farm: http://www.jongscrocodile.com/

Sarawak i Kuching: http://sarawaktourism.com/