Millford Sound, Moje podróże, Nowa Zelandia
Leave a comment

Millford Sound w deszczu

Millford Sound. Jedno z najbardziej znanych miejsc w Nowej Zelandii. Zatoka, w którą bał się wpłynąć sam James Cook. Odstraszyły go pionowe ściany wysokich skał otaczające całą zatokę. A może, gdy przepływał obok, był to akurat jeden z dwustu dni w roku, kiedy pada tutaj deszcz? Taka właśnie pogoda spowodowała, że wycieczka statkiem po tej pięknej zatoce nabrała charakteru podobnego do wypłynięcia na Pacyfik z wizytą u wielorybów – choroba morska w wydaniu light i tylko dlatego, że nie wyściubiłam nosa z zadaszonej części statku. Niemniej piękne miejsce z licznymi wodospadami, do których statek może podpłynąć prawie na wyciągnięcie ręki, co tylko dowodzi jak pionowe ściany ciasno otaczają to miejsce.
Droga z Queenstown do Millford Sound to cztery godziny samochodem piękną drogą 94, choć w linii prostej te dwa miejsca dzieli zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. Zaraz po wyjechaniu z zatoki przejeżdżamy przez granitowe góry i podziwiamy setki małych wodospadów, które zasilone świeżym deszczem ożyły. Przeprawiamy się również przez dwustumetrowy tunel, wykuty w litej skale tak twardej, że przez kilkadziesiąt lat robót udało się wyrzeźbić tylko jeden pas ruchu. Po drugiej stronie tunelu jeśli zatrzymasz się na małym żwirowym parkingu spodziewaj się, że na masce i dachu Twojego auta wylądują wielkie papugi kea. Te zielono-brązowe ptaszyska próbują zjeść na obiad Twoje wycieraczki i ogumienie wokół drzwi:). Dla ludzi są raczej niegroźne, a na pewno się nas nie boją. Im dalej od Millford Sound tym pogoda zmienia się w typowe lato. Spędzamy resztę dnia w Queenstown i zasypiamy w ostatnią podróż w objęciach Nowozelandzkiego Morfeusza. Jutro lecimy do Australii:).