Moje podróże, San Francisco, USA
Leave a comment

San Francisco

Od kilku dni jesteśmy już w San Francisco. Miasto podzielone jest na różne dzielnice – każda jest charakterystyczna. Nasz hotel znajduje się na przykład w dzielnicy zamieszkałej przez Azjatów, po drodze do hotelu mijamy Japan Town. W autobusie, który tutaj dojeżdża większość pasażerów ma skośne oczy. Murzyni dominują w tej części miasta, gdzie znajduje się centrum finansowe – niestety są to przedstawiciele tej najuboższej społeczności tego miasta.
Na Market St., przy której jest cała masa sklepów, centrów handlowych i biurowców biedaków jest od groma. Niestety ich zapach unosi się wszędzie. Śpią na przystankach, wydzierają się pod sklepami itd. Taki urok najwidoczniej, ale tutejsi Amerykanie ewidentnie na nich nie reagują. W Financial District gdzie znajdują się najwyższe budynki i gdzie królują wszem i wobec białe kołnierzyki biedaków brak. Być może dlatego, że chodniki mają specjalne oznaczenia, że są własnością prywatną i nie można na nich przesiadywać…..
Ciekawą dzielnicą jest Castro. Jeśli ktoś oglądał film “Obywatel Milk” będzie wiedzieć o jakiej dzielnicy piszę, a jeśli nie – wyjaśniam – dzielnica ta zamieszkana jest przez homoseksualistów i transwestytów. Tęczowe flagi powiewające na lekkim wietrzyku oznaczają, że jest się w Castro. Ale spokojnie – dla wszystkich ciężko wystraszonych – nikt tutaj nie przekracza dopuszczalnych granic. Dzielnica jest po prostu ekstra – wszędzie małe kawiarenki, małe restauracyjki, sklepiki, butiki, bookshopy… Małe domki, małe uliczki. I sklepy z erotycznymi akcesoriami oraz specyficznymi skórzanymi ubraniami. Sporo tutaj psów – pies jest traktowany jako dziecko pary homoseksualitów więc podejrzewam, że w Castro mieszkają same szczęśliwe i rozpieszczane czworonogi. Aha, wózki dla psów są w tym mieście czymś normalnym, a pies, który sobie jedzie w wózeczku i ma na głowie czapeczkę z daszkiem też nikogo oprócz nas nie dziwi:).
Obok Castro znajduje się dzielnica Mission Dolores – tutaj dawno temu katolicy nawracali i pomagali Indianom. Stoi tutaj kościółek z przepiękną kaplicą i małym cmentarzem. Wyobraźcie sobie płyty nagrobne wśród palm…..
Oczywiście jeszcze wspomnieć muszę o ikonie tego miasta czyli moście Golden Gate. Jest to jeden z najwyższych mostów na świecie, który zbudowany został tak, aby wytrzymywać często pojawiające się w tej części świata trzęsienia ziemi. Budowa pochłonęła miliony dolarów, a dziś za przejazd w stronę SF pobierana jest opłata. Miliony turystów co roku przechodzą przez ten most, znany z filmów czy pocztówek, szczególnie gdy spowity jest mgłą. Golden Bridge stał się również ulubieńcem samobójców. Życie odebrać sobie skacząc z niego próbowało już około 2 tysięcy osób.
Kolejnym znakiem rozpoznawczym SF są uliczki ciągnące się raz w dół, raz w górę. Bardzo charakterystyczna jest Lombard Street, podobno najbardziej poskręcana uliczka na świecie. A po tych licznych uliczkach kursują stare zabytkowe tramwaje….
Ponieważ wokół ocean więc San Francisco ma także swoją portową dzielnicę. Pełno tutaj sklepików, butików, dziwnych sklepów z rzeźbami???? w kształcie lwów… nie wiem do czego one służą…. no i stoisk z seafood, gdzie posililiśmy się podczas wczorajszej wycieczki. Widać stąd jak na dłoni Alcatraz i zabudowania dawnego więzienia. Na jednym z pomostów wylegują się w słońcu foki, pozując turystom do zdjęć.
San Francisco ma swój niepowtarzalny klimat, który tworzą ludzie, ulice, budynki, tramwaje… Jak to w Ameryce – duże miasto to duża różnorodność. Całodzienny spacer dostarczy nam wrażeń – oprócz części typowo turystycznej, Golden Gate czy Alcatraz warto przejść się przez parki, które są idealnym miejscem do uprawiania biegania, jazdy na rolkach czy na rowerze. I nie zapominajmy, że SF leży nad samym oceanem, a zatem wizyta na plaży powinna stać się nieodzownym punktem naszego spaceru.