Australia, Moje podróże, Sydney
Leave a comment

Sydney, miasto z operą

Szok. Po dwóch tygodniach obcowania z przyrodą Nowej Zelandii ląduję w jednym z największych miast świata. Sydney. Pierwsze wrażenie – co ja tu robię??!! Ludzi chyba tyle, co w całej NZ, korki, hałas, biurowce… Co tylko mnie utwierdza w przekonaniu, że mój świat jest bliżej Matki Natury. Niemniej każde nowe miejsce to nowe doświadczenie, a zatem czas na spacer. Hotel usytuowany jest na tyle blisko wybrzeża, że popołudniowa przechadzka jest idealnym rozwiązaniem.

Przez park – ogród botaniczny z ogromnymi drzewami spotykanymi tylko w tej strefie klimatycznej, gdzie na zadbanych trawnikach białe ibisy z czarnymi długimi dziobami walczą o uwagę spacerowiczów w towarzystwie mew, gołębi i papug, dochodzę do symbolu Sydney. Opera. W rzeczywistości nieduża i … hm, no ładna to ona nie jest. Otwarta w 1973 roku, namaszczona przez samą Elżbietę II stała się symbolem tego miasta. Jest przystosowana do wystawiania różnych widowisk i koncertów. Do jej wnętrza można wejść w ramach zwiedzania, bez uczestniczenia w imprezach – wszelkie informacje są dostępne tutaj: http://www.sydneyoperahouse.com/homepage.aspx .

Duży jest za to most zaraz za nią – Harbour Bridge, po którego przęśle za grubą opłatą można pospacerować (http://www.bridgeclimb.com/). W najwyższym punkcie most osiąga wysokość 134 metrów, a jego długość wynosi 1149 m. To z tego mostu w Nowym Rok wypuszczane są znane na cały świat fajerwerki.  Zaraz koło opery całkiem przyjemne nabrzeże z przystankiem dla promów oraz dalej, trochę ciszej i przytulniej – Darling Harbour z knajpą, gdzie zjem stek z kangura. I stąd już rzut beretem do The Rocks – najstarszej dzielnicy Sydney z niską kolorową zabudową, wąskimi przejściami między kamieniczkami, małymi sklepikami i knajpkami. Witamy w Australii!