Australia, Moje podróże, Sydney
Leave a comment

Wombat i chiński obiad

Po dzisiejszym dniu zaczynam się przekonywać do tej mieszaniny kultur z dużą domieszką krwi żółtej, jaką jest Sydney. Dzień spędzony w mieście, ale owocnie. Po późnowieczornej długiej dyskusji co kto chce robić, układaniu planu “jadę z wami”, “jednak nie jadę”, “duże zoo czy małe zoo?”, “jednak jadę z wami”, “no to małe zoo”, “a może jednak duże?” wyruszyłam w drogę z mapą w dłoni. Odnośnie podziwiania australijskiej fauny decyzja padła na małe zoo przy Darling Harbour. Decyzja okazała się trafna – kangury, miśki koala, diabeł tasmański, dziwny zwierz wombat szerokonosy, olbrzymi krokodyl (na zdjęciach z przyczyn oczywistych brak skali, ale był zajebiście wielki), motyle, kaczuchy, gady.Wszystko w jednym miejscu. Wniosek po wizycie w Wild Life – australijskie zwierzaki to permanentne lenie:). Informacje dotyczące zoo w centrum miasta: http://www.wildlifesydney.com.au/ .

A po tej wizycie było już tylko coraz ładniej – autobusem przejazd przez miasto do Bondi Beach, jednej z najsławniejszych plaż świata. Plaża miejska, nieduża, ale raczej nie dla amatorów wylegiwania się tylko dla zaawansowanych surferów – wiatr! Piasek w oczach po kilkudziesięciu minutach tutaj spędzonych – to zapamiętam. I ten cholerny wiatr, do którego myślałam, że przywykłam w Nowej Zelandii. Z Bondi Beach, gdzie nie było szans na opalanie, wycieczka autobusowa na cypel The Watsons Bay z cieszącym oko widokiem z klifu oraz małe miasteczko rybackie z przyjemną plażą (bez wiatru!), małymi knajpkami i przystanią promową. Stamtąd wyprawa po pożywienie – po porannym spacerze do Chinatown, padła decyzja, że tutaj zjemy obiad. Tak też się stało – autobusem do centrum, a potem spacer wśród biurowców aż do dzielnicy składającej się w sumie może z kilkunastu ulic, gdzie w jednej wybraliśmy prawdziwie chiński lokal na wysokim poziomie czyli w praktyce obskurną knajpę z jeszcze bardziej obskurną toaletą. W środku same żółte twarze i menu…hm… I kelnerka, która odradza wybraną przeze mnie potrawę pokazując na brzuch z skwaszoną miną. No nic, będą nudle z warzywami i oczywiście mięsiwem. Pycha! A na deser osławione nie wiadomo dlaczego ciasteczka z nadzieniem przypominającym budyń, zakupione po odstaniu swego w kilkunastominutowej kolejce. Po drodze między nabrzeżem a Chinatown jeszcze mała wycieczka do Queen Victoria Building, XIX-wieczny budynek ze sklepami wewnątrz, z przepięknymi fasadami i ogromnymi ruchomymi zegarami we wnętrzu.